wtorek, 17 lutego 2015

Mała czy duża bez różnicy/6

-Masaż serca szybko-usłyszałam głosy lekarza w kartce. Nie wiem jak to możliwe co przez chwilę słyszałam wszystkich. Zdarzało się to co parę minut.
Straciłam poczucie czasu. Nie ocknełam się, nie wiem czy byli przy mnie najbliżsi, może przyjechała babia i ciocia. Ale jednego byłam pewna że jest tu ona, ta która pamiętam tak ślicznie ubraną w święta kilka lat temu. Mama.
-Szybko weźcie ją salę operacyjną, wzięła mocną dawkę środków  nasennych-mówiła miłym lecz stanowczym głosem lekarka-podciete żyły dziewczyna mocno się wykrwawiła + duża ilość alkoholu. 
Znów wszystko ucichło.
Jedyne czego się dowiedziałam to to, że moje życie wisi na włosku... cały czas słyszałam w głowie słowa pani doktor: "podcięte żyły... mocna dawka środków nasennych... duża ilość alkoholu". Trudno mi powiedzieć czy się boję. Trudno stwierdzić czy chciałam tego. Dlaczego właściwie to zrobiłam? Czy moja ukochana mama, która kazała mi cieszyć się każdą chwilą i sama to robiła była by ze mnie dumna? Pewnie ją zawiodłam przez to co zrobiłam.
I nagle kolejne słowa, kolejne ciężkie słowa, których nie powinnam słyszeć.
-Szybko, szybko puls jej spada musimy ją ratować...
Nie wiem co działo się na sali, nie usłyszałam co było dalej.
Zobaczyłam jasne światło które rozbłysneło pod moimi powiekami. Myślałam że nie żyje, jednak okazało się że jestem w moim małym miszkanku, tym z dzieciństwa.
Byłam ubrana w śliczną czerwoną sukienkę (tą o której zawsze marzyłam). Włosy związane były w pięknego warkocza takiego jakiego mama mi robiła. Usiadłam na ślicznie poscielonym łóżku. Na rekach dalej byly zakrwawione rany. Nagle w drzwiach ni stąd ni zowąd pojawiła się mama. Zaczęłam płakać podbiegłam do niej i przytuliłam. W tamtej chwili brakowało mi jej tak bardzo jak bardzo blisko mnie była.
-Czy, czy ja -zaczęłam-czy ja nie żyje?
-Nie odpowiem ci na to pytanie żadna odpowiedź nie jest dobra.
-Nic nie rozumiem...
Opuściłam  głowę
-Posłuchaj mnie teraz uważnie-pokiwałam głową-teraz to tylko od Ciebie zależy czy żyjesz czy nie, to ty jesteś panem swojego losu
-Co mam zrobić mamo?
- Jezu jesteś taka dorosła i taka mądra, tak się zmienilaś przez te lata, tak wypiękniałaś... -mówiąc to zaczęła plakac-skarbie jesteś silną, mądra i odważną młodą kobietą mało kto wytrzymał by taką presję psychiczną w tak młodym wieku-wzięła moje ręce i spojrzała na rany- Pamiętaj o tym!!!
-Mamo jeżeli teraz odejdę obiecasz że zawsze będziesz przy mnie?
-Zawsze byłam, jestem i będę-po tych słowach pocałowała mnie w czoło a wychodząc rzekła-jestem dumna że podjęłaś taką decyzję, nawet nie wiesz jaka jestem dumna że to ty jesteś moją córką.
Nagle wszystko zaczęło znikać poczułam jakbym spadała.
-Jest mamy ją-usłyszałam znajomy głos.
Nie wiem ile może 20 minut jeszcze tam byłam.
Po wyjściu z sali (jeszcze z kroplówką przy sobie i na wózku, ponieważ byłam za słaba by chodzić samodzielnie) zauważyłam tatę, Żanetę i Anastazje. Mała zasnęła U taty na kolanach (on też przysypiał), a Żaneta przy stoliku siedzia trzymając w rękach gorąca kawę przed chwilą wyjęta z maszyny, która była jedyną rzeczą jaka trzymała ją na nogach w oczekiwaniu na moje wybudzenie.
Kiedy mnie zobaczyła podbiegła do mnie rzuciła się na kolana i przytuliła mnie, po chwili podbiegł tata z Nastką i zrobili to samo.
Spędziłam w szpitalu tydzień. Obecnie chodzę na terapię i muszę przyznać pomaga mi to. Mimo tego bardziej pomagają słowa mamy. Jestem silna teraz nie tylko dla siebie lecz muszę też i dla niej.

KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz